Definicje. Kiedy miłość przestaje być teorią…

Esej inspirowany X rozdziałem „Kosmosu”, tomu II.

Są słowa, których używamy z taką łatwością, że przestajemy zastanawiać się nad ich znaczeniem. Miłość jest prawdopodobnie jednym z nich.

Mówimy, że kochamy. Że chcemy być kochani. Że ktoś kocha za słabo, źle, zbyt mocno albo niewłaściwie. Budujemy wokół tego słowa oczekiwania, lęki i własne historie, nabywamy doświadczenia. Problem pojawia się wtedy, gdy dwoje ludzi używa dokładnie tego samego pojęcia, mając na myśli coś zupełnie innego.

Rozdział „Definicje” w X rozdziale Kosmosu. Tomie II wyrósł właśnie z pęknięcia w rozważaniach dotyczących uczuć.

Kosma chce wiedzieć, czym jest miłość. Nie dlatego, że nie doświadcza uczuć, ale dlatego, że samo słowo jest dla niego zbyt pojemne. Nieprecyzyjne. Nie daje się zamknąć w parametrach, których można się nauczyć, przestrzegać i na ich podstawie przewidzieć wynik… A Kosma potrzebuje wyniku. Potrzebuje kierunku, struktury, konsekwencji. Potrafi zaplanować przyszłość związku znacznie łatwiej niż nazwać własne emocje. Małżeństwo może być wektorem. Wspólne życie można potraktować jak system. Bezpieczeństwo można próbować zbudować poprzez eliminowanie ryzyka. Tylko że człowieka nie da się zabezpieczyć tak, jak zabezpiecza się projekt. I właśnie w takiej chwili pojawia się Malina.

Dwa języki tego samego uczucia

Dla Kosmy miłość początkowo oznacza przede wszystkim bezpieczeństwo, obecność i konsekwencję. To rzeczy konkretne. Możliwe do wykonania. Można być. Można nie odejść. Można dotrzymać słowa.

Dla Maliny bezpieczeństwo oznacza jednak coś jeszcze — możliwość opuszczenia gardy. Prawo do popełnienia błędu bez lęku, że jeden niewłaściwy ruch zakończy wszystko. Swobodę bycia bezbronną. Pewność, że nie trzeba cały czas obserwować drugiego człowieka i zastanawiać się, czy właśnie przekroczyło się niewidzialną granicę.

Oboje mówią więc o bezpieczeństwie. Tylko, że każde z nich rozumie je inaczej. Kosma chce bezpieczeństwo stworzyć. Malina chce móc bezpieczeństwa doświadczyć. To pozornie niewielka różnica. W rzeczywistości mieści się w niej niemal cały problem ich relacji. Bo tworzenie bezpieczeństwa może bardzo łatwo przeobrazić się w kontrolę. A kontrola, nawet przebrana w troskę, nadal pozostaje kontrolą.

Czy miłość można rozwiązać jak zagadkę? Czy można ją rozegrać jak łamigłówkę? Rozebrać na części i złożyć, poznając dokładnie, z czego się składa?

Jedną z rzeczy, które najbardziej interesowały mnie podczas pisania tego rozdziału, było pytanie, co zrobi człowiek taki jak Kosma, kiedy zostanie postawiony przed kategorią, której nie potrafi intuicyjnie nazwać. Odpowiedź była oczywista… Zacznie ją analizować.

Kosma tworzy pytania. Sprawdza hipotezy. Szuka dowodów we własnym zachowaniu. Próbuje ustalić, czy to, czego doświadcza, jest miłością, fiksacją, regulacją, przywiązaniem, potrzebą struktury czy może kombinacją wszystkich tych elementów. I paradoksalnie zbliża się do prawidłowego rozwiązania tej zagadki. Zaczyna rozumieć, że Malina nie jest odpowiedzią na zadane pytanie. Nie jest narzędziem do regulacji. Nie została stworzona po to, aby jego świat funkcjonował lepiej. Jest człowiekiem — wolną i nieskrępowaną indywidualnością. Co to oznacza? Ryzyko!

Dla kogoś, kto przez większość życia budował bezpieczeństwo poprzez przewidywanie, właśnie ta świadomość może być znacznie bardziej przerażająca niż brak uczucia. Bo kochać człowieka oznacza również zaakceptować fakt, że nie posiada się nad nim pełnej kontroli.

A potem pojawia się nieoczekiwana zmienna…

W pewnym momencie Kosma jest już prawie przekonany, że udało mu się znaleźć właściwy kierunek. Ale wtedy pojawia się Adam. To nieprzewidziany element. Człowiek z przeszłości Maliny. Zagrożenie, którego Kosma nie rozumie i którego nie potrafi od razu sklasyfikować. To bardzo istotny moment tego rozdziału, ponieważ cała drobiazgowo zbudowana teoria zostaje natychmiast poddana próbie. Łatwo jest deklarować szacunek dla cudzej autonomii, kiedy nic nam nie zagraża. Znacznie trudniej zachować go wtedy, gdy włącza się strach.

Kosma traci to, co tak długo budował. Wraca zazdrość, potrzeba posiadania wiedzy, kompulsywne poszukiwanie danych i pokusa, by odzyskać kontrolę poprzez odebranie jej drugiemu człowiekowi. W jednej chwili troska, ochrona, własny lęk i poczucie prawa do Maliny zaczynają mieszać się ze sobą tak mocno, że granice zaczynają być niejasne — spowite mgłą. Kosma je przekracza.

Nie romantyzuję tej sceny, bo nie powinna być romantyczna. Miłość nie unieważnia krzywdy tylko dlatego, że osoba krzywdząca działała napędzana strachem Wyznanie miłości wypowiedziane chwilę po ataku nigdy nie cofnie cierpkich słów, nie złagodzi urazu, nie cofnie czasu. „Kocham cię” nie jest kartą pozwalającą ominąć odpowiedzialność. Choć nie jest to łatwe, Malina po prostu musi w tym momencie stanąć po swojej stronie. Nie może ustąpić, rozczulając się nad ewolucją Kosmy. Trudności, jakie pokonuje ten bohater są oczywiste i sama jestem pełna podziwu dla jego konsekwentnego rozwoju. Mimo to, od asertywności Maliny zależy cała przyszłość tej relacji — tego, czy granice mają prawo być zamazane, czy też istnieje jakaś świętość, poza którą nie można wyjść.

Chronić czy posiadać? Dylemat osoby skrzywdzonej.

Temat kontroli nabiera szczególnego znaczenia w odniesieniu do Maliny. Dla kogoś, komu wcześniej odbierano możliwość decydowania o sobie, ta kwestia nie jest wyłącznie abstrakcyjnym postulatem. Jest elementem bezpieczeństwa.

Kosma dochodząc do tej ściany musi odnaleźć i uświadomić sobie podobieństwa pomiędzy czymś, co sam nazywał troską, a zachowaniami, przed którymi Malina przez lata próbowała się bronić. Sama dobra intencja już nie wystarcza. Można chcieć kogoś chronić i jednocześnie go ograniczać. Można kochać i przekraczać granice. Można być przekonanym o własnej racji i wyrządzać krzywdę.

Dojrzałość nie zaczyna się więc w chwili, gdy człowiek mówi: przecież chciałem dobrze. Zaczyna się wtedy, gdy potrafi usłyszeć: to nie było dobre, chociaż miałeś generalnie dobre zamiary. I nie próbuje tego zdania tłumaczyć własną intencją.

Miłość bez projektu

Najważniejsze odkrycie Kosmy nie pojawia się w chwili wyznania, lecz później — kiedy zostaje sam. W chwili, gdy nie może już niczego naprawić ani usłyszeć pokrzepiających słów. Gdy zdaje sobie sprawę, że nie zdoła „domknąć struktury”, wali się jego świat. Nie wie bowiem, czy Malina następnego dnia nadal będzie chciała z nim rozmawiać.

Ten chwilowy stan zagrożenia jest przełomowy dla jego świadomości — nie tylko zdaje sobie sprawę z tego, że kocha, ale też, że miłość jest tym, co trwa, mimo utraty kontroli. Kosma kocha nie dlatego, że Malina spełniła wszystkie jego warunki, że relacja przebiega zgodnie z harmonogramem, albo że jej przyszłość została zabezpieczona. Miłość po prosu jest — istnieje pomimo. Ta nowa definicja jest najbardziej niebezpieczna ze wszystkich, które rozważał, ponieważ nie daje mu żadnej gwarancji powodzenia i zwrotu. Jest niewiadomą.

Czasem nie wystarczy zrozumieć, czym jest miłość, by umieć się w nią bawić.

Finał tego rozdziału jest dla mnie bardziej istotny niż samo wyznanie miłości. Kosma wraca następnego dnia — bez bukietu i efektownych przeprosin. Nie śpiewa serenad i nie odczytuje z listy argumentów mających omamić Malinę lub wmówić jej, że coś źle zrozumiała.

Kosma, jak bohater, wraca z decyzją dotyczącą własnego zachowania. Na tym właśnie polega różnica między rozumieniem a zmianą. Można przeczytać wszystkie książki o relacjach. Można zdefiniować mechanizmy. Można bardzo dobrze wiedzieć, skąd bierze się własny lęk, zazdrość czy potrzeba kontroli, a mimo to nadal krzywdzić. Wiedza zaczyna mieć znaczenie dopiero wtedy, kiedy przekłada się na działanie.

Kosma nie obiecuje więc Malinie, że od tej chwili stanie się innym człowiekiem. Wie, że nim nie będzie. Nadal będzie potrzebował struktur. Nadal będzie analizował. Nadal będzie szukał porządku tam, gdzie inni poruszają się intuicyjnie. Jest w końcu sobą — człowiekiem, a nie zmienną.

Wie jednak, że musi nauczyć się jednego: że własna potrzeba bezpieczeństwa nie może być realizowana kosztem wolności osoby, którą kocha. I chyba właśnie tutaj ich dwa języki po raz pierwszy naprawdę się spotykają. Ale tylko się spotykają, bo przecież Kosma nie nauczył się mówić językiem Maliny. Malina natomiast nie zgodziła się żyć według jego instrukcji. Jezyki ich miłości spotykają się dlatego, że oboje zaczynają rozumieć, co drugie naprawdę ma na myśli. Być może na tym polega najważniejsza definicja tego rozdziału. Miłość nie musi oznaczać tego samego dla wszystkich. Ale żeby mogła istnieć pomiędzy dwojgiem ludzi, trzeba wiedzieć, czy pod tym samym słowem nie ukrywają dwóch zupełnie różnych światów. A czasami trzeba dopuścić możliwość, że definicja, którą nosiliśmy przez całe życie, była po prostu niepełna.

Wpis ten dedykuję Kasi Dziubie, mojej najdroższej patronce, bo nasza symboliczna rozmowa mnie zainspirowała do napisania tego tekstu.

„Definicje” są jednym z rozdziałów „Kosmosu. Tom II”. Jeśli chcesz poznać Kosmę i Malinę nie poprzez analizę, lecz przez ich własną historię, całość znajdziesz w powieści.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *