||

Kiedy miłość staje się próbą kontroli.

O granicach, lęku i odwadze odpuszczania – fragment rozdziału VIII drugiej części „Kosmosu”

Przez wiele lat wydawało mi się, że największym zagrożeniem dla relacji są obojętność, zdrada albo brak zaangażowania. Dziś myślę, że istnieje coś znacznie bardziej podstępnego. Lęk. Nie ten głośny i oczywisty. Nie strach przed czyimś odejściem czy samotnością. Mam na myśli lęk przybrany w troskę. To potrzeba wiedzy, konieczność upewnienia się, że wszystko jest w porządku, przekonanie, że jeśli będziemy wystarczająco czujni, uda nam się ochronić to, co dla nas ważne. Problem polega na tym, że lęk bardzo rzadko prowadzi do bliskości. Znacznie częściej prowadzi do kontroli.

Pisząc ósmy rozdział drugiej części „Kosmosu”, dużo myślałam o tym, jak cienka jest granica pomiędzy potrzebą bezpieczeństwa a przekraczaniem granic drugiego człowieka. Kosma dochodzi w tej części powieści do bardzo trudnego odkrycia. Przez długi czas wydawało mu się, że znalazł sposób na poradzenie sobie z własnym kryzysem. Że stworzył bezpieczny rytm, który pozwala mu funkcjonować i odzyskiwać równowagę. Dopiero z czasem zaczyna rozumieć, że część tej stabilności została zbudowana na czymś niepokojącym. Na potrzebie kontroli. Na przekonaniu, że obecność drugiego człowieka może stać się lekarstwem na własny lęk. I że czasem nawet dobre intencje nie usprawiedliwiają przekraczania cudzych granic.

Zapraszam do lektury fragmentu:

„To nie było niewinne i nie pociesza mnie wcale fakt, że przyniosło pozytywne skutki. Widzę dziś, jak to brzmi. Coś, co nazywałem regulacją, w rzeczywistości było protezą. Dzięki niej nie spadałem, ale też nie pozwalałem sobie na bycie z Maliną. Nie umiałem inaczej. Wydawało mi się, że kiedy będę ją widział, nie rozpadnę się znowu. Ale prawda jest taka, że to było ogromne kłamstwo i przekroczenie granic jej prywatności.”

Lubię ten fragment, bo nie opowiada o miłości romantycznej. Przynajmniej nie wprost. Opowiada o czymś znacznie ważniejszym – o odpowiedzialności za własne emocje i o momencie, w którym człowiek przestaje pytać, co druga osoba może zrobić dla niego, a zaczyna zastanawiać się, co sam powinien zmienić w sobie.

Niektóre zachowania łatwo usprawiedliwić cierpieniem, samotnością, lękiem i potrzebą bezpieczeństwa. To jednak nie oznacza, że stają się właściwe. Dojrzałość nie polega na tym, że przestajemy odczuwać trudne emocje. Polega na tym, że uczymy się nie przerzucać ich ciężaru na innych ludzi.

Myślę, że większość z nas zna takie momenty. Chwile, w których chcielibyśmy mieć większą kontrolę nad relacją. Większą pewność. Więcej odpowiedzi. Więcej gwarancji. Tylko że prawdziwa bliskość nie powstaje dzięki kontroli. Powstaje wtedy, gdy jest z nami łatwiej być i gdy mimo niepewności decydujemy się zaufać. A to często wymaga znacznie większej odwagi.


Jeśli chcesz otrzymywać kolejne fragmenty i refleksje związane z moją twórczością, możesz zapisać się do newslettera.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *