||

Kiedy człowiek staje się własnym przekleństwem – fragment rozdziału V drugiej części „Kosmosu”- „O krok za daleko”.

O destrukcyjnej miłości, poczuciu winy i ludziach wychowanych we wzorcu autodestrukcji

Są takie fragmenty, które przestają opowiadać o relacji, a mówią o psychicznej katastrofie człowieka. Ten rozdział jest właśnie taki. Nie ma tu romantyzowania cierpienia ani prostego podziału na dobrych i złych. Jest coś znacznie bardziej niepokojącego — człowiek, który zaczyna rozumieć, że sam stał się największym zagrożeniem dla osoby, którą kocha.

To nie jest historia o agresji wynikającej wyłącznie z gniewu. To wycinek z życia człowieka wychowanego w przemocy, kontroli i w świecie, w którym uczucia uznawano za słabość. To wejrzenie w chwilę kogoś, kto przez całe życie uczył się przetrwania, dominacji i odcinania od emocji, aż w końcu przestał odróżniać ochronę od niszczenia. Najbardziej poruszające jest to, że Adam nie próbuje siebie usprawiedliwiać. On wie, że…

  • krzywdził.
  • jego zachowania były potworne.
  • doprowadzał do granicy wytrzymałości.
  • mimo całego chaosu nadal kocha.

I właśnie ta świadomość jest w tym rozdziale najbardziej tragiczna. Czasem największym ciężarem nie jest niewiedza, a świadomość własnej destrukcyjności.

Miłość jako zagrożenie

W tym fragmencie miłość nie daje bezpieczeństwa. Uruchamia lęk, poczucie winy, mechanizmy autodestrukcyjne i potrzebę ucieczki. Adam panicznie pragnie być blisko Maliny, ale jednocześnie jest przekonany, że jego obecność w jej życiu przybliża ją do śmierci. Dlatego przez cały rozdział funkcjonuje w brutalnym rozdarciu:

— chce ją zobaczyć,
— chce ją chronić,
— chce przy niej być,
— ale uważa, że najlepsze, co może zrobić, to zniknąć.

To niezwykle charakterystyczne dla ludzi wychowanych w traumie, którzy przez lata słyszą, że są zagrożeniem, problemem albo „złym człowiekiem”. Zaczynają traktować własne uczucia jak coś niebezpiecznego. Nawet miłość wydaje się albo czymś niedostępnym, albo skażonym. I właśnie dlatego Adam nie potrafi uwierzyć, że może dać komukolwiek coś dobrego. On umie kochać jedynie poprzez poświęcenie, odcięcie i cierpienie.

Najbardziej przerażający moment

Nie nóż.
Nie krew.
Nie szpital.

Najbardziej przerażające jest przekonanie bohatera, że oddalenie od ukochanej osoby jest formą ochrony. Refleksja ta reprezentuje skalę jego psychicznego wyniszczenia. Człowiek zdrowy emocjonalnie walczy o bliskość. Człowiek złamany często walczy sam ze sobą, by do tej bliskości nie dopuścić.

Adam nie widzi siebie jako partnera. Widzi siebie jako katastrofę, która niszczy wszystko, czego dotknie. Dlatego nawet w chwili ulgi — gdy dowiaduje się, że Malina żyje — jego pierwszą reakcją nie jest nadzieja. Jest nią poczucie winy.

Męskość oparta na przemocy

Ten rozdział bardzo mocno pokazuje również toksyczny model męskości. Mężczyźni w tym świecie:
— tłumią emocje,
— odreagowują agresją,
— nie proszą o pomoc,
— funkcjonują zadaniowo,
— okazują troskę działaniem, nie słowami.

Dlatego Adam potrafi:
— ścigać karetkę w ulewie,
— ryzykować aresztowanie,
— organizować działania logistyczne,
— zabezpieczać ślady,
— grozić ludziom,
— kontrolować sytuację…

…ale kompletnie nie potrafi poradzić sobie z własnym cierpieniem. I właśnie wtedy pojawia się jeden z najmocniejszych motywów tego rozdziału — łzy. Nie wynikają ze słabości czy sentymentu. To moment całkowitego pęknięcia psychicznej konstrukcji, którą budował przez całe życie. To niezwykle ważne, bo pokazuje nareszcie coś bardzo prawdziwego — ludzie najbardziej brutalni emocjonalnie często są jednocześnie najbardziej wewnętrznie rozbici.

Dlaczego ten fragment działa tak mocno?

Bo pod całą warstwą przemocy, chaosu i brutalności kryje się bardzo uniwersalny lęk: „A jeśli osoba, którą kocham najbardziej, cierpi właśnie przeze mnie?”. To pytanie pojawia się w wielu relacjach — nawet tych dużo mniej dramatycznych. Czasem ktoś odsuwa się nie dlatego, że nie kocha. Tylko dlatego, że jest przekonany, iż jego obecność niszczy drugiego człowieka. I właśnie to sprawia, że ten rozdział działa tak boleśnie na poziomie psychologicznym. Nie opowiada wyłącznie o mafii, przemocy czy tragedii. Opowiada o człowieku, który przez całe życie był uczony, że miłość i zagrożenie zawsze idą ze sobą w parze.

„Boże, jak chciałbym być blisko nich. Mam wrażenie, że moje dłonie robią się gorące. To ta potrzeba, jakbym był na narkotycznym głodzie, pcha mnie do nich.

Bóg mi świadkiem, że gdybym w tej chwili mógł położyć się obok niej, trzymając dłoń na jej brzuchu, gdzie jest on… kurwa, zdechłbym z rozkoszy i szczęścia.

Są tam przeze mnie, a beze mnie. Sami. Bezpieczniejsi, im dalej jestem.

Zbliżyłem się do niej pierwszy raz od ponad pół roku i niemal przypłaciła to życiem.

Ile jeszcze trzeba dowodów na to, że nasza miłość jest toksyczna, że nigdy nie powinna była się wydarzyć?

Jej uczucie pcha ją bliżej mnie, bliżej przepaści.

Moje ją kiedyś zabije.”

Kochani, za kilka dni premiera książki. Zachęcam Was do przeczytania, jak i zapisania się do Newslettera. Dzielę się w nim okazjonalnie podobnymi spostrzeżeniami. Zapraszam.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *