Czasem jedno słowo zmienia wszystko
Fragment z tomu II „Kosmosu” – Serce z granitu
Dzisiejszy fragment pochodzi z historii Adama.
To moment, w którym wraca do miejsca, z którego właściwie nigdy nie udało mu się odejść.
Są takie relacje, które nie kończą się wraz z zamknięciem drzwi czy odejściem. Zostają w człowieku jak echo — powracają w najmniej spodziewanym momencie.
Ta scena jest właśnie o takim powrocie.
— Synu… — zaczyna, odchodząc i kierując się w stronę barku. Spogląda na mnie z ukosa, następnie, nie spiesząc się, wyciąga po trzy zamrożone czarne granitowe kamienie i wkłada je do grubych, kutych szklanek.
Dlaczego mnie to nie dziwi? Whiskey neat, ale podawana jak on the rocks w szklance wypełnionej kamieniami… Czy nie jest to wystarczająco symboliczne?
Naczynia są dwa, nie jedno, jak to zazwyczaj bywa.
Z niedowierzaniem obserwuję, jak wyciąga butelkę bardzo leciwej Macallan Rare i nalewa godziwą porcję dla każdego z nas. Następnie siada na jednej z kanap otaczających relaksacyjną przestrzeń swojego biura.
— …usiądź. Porozmawiajmy, wobec tego, o nieśmiertelności.
Obserwuję go, starając się nie ujawniać, jak bardzo stresuje mnie jego zachowanie. Nie zdarzyło się, by kiedykolwiek nalał mi drinka i zaprosił do tej części swojego gabinetu. Jest to miejsce spotkań z partnerami biznesowymi — osobami, które szanuje lub planuje ograć.
To tu zazwyczaj zaczyna tkać swoją pajęczynę.
Którą z opcji jestem?
Choć piastuję stanowisko księcia ciemności w jego królestwie, traktował mnie zawsze raczej jak pazia. Nie zdarzyło się jeszcze, by zapraszał mnie do stołu, bym mógł w ogóle usiąść.
— Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? — cedzę, biorąc w rękę wyciągniętą do mnie szklankę.
— Tak uważasz? — pyta sarkastycznie.
— Nie moglibyśmy się bardziej różnić… — syczę.
— Doprawdy?
Patrzę na niego podejrzliwie. Scenariusz tej rozmowy nie pasuje do niczego, co znałem dotąd.
— Wrócimy do tego za chwilę — mówi w końcu. — A teraz porozmawiajmy o interesach.
Spoglądam na niego zdziwiony. Przecież zna każdy detal. Jego ludzie są wszędzie.
— Czy naprawdę potrzebujesz mojego podsumowania?
— Interesuje mnie twoja opinia.
Przez chwilę milczę.
— Nie ma takiej możliwości — odpowiadam w końcu. — Wystarczy mi to, co mam.
Śmieje się krótko.
— To zabawne, że wierzysz, że masz jakikolwiek wybór.
Podnoszę się gwałtownie.
— Partnerem? Kurwa, nie do wiary — mówię, wypijając whiskey jednym haustem.
Odwracam się w stronę drzwi.
— Adam! Ani się, kurwa, waż!
Nie zatrzymuję się.
Chwytam klamkę i czuję nagle coś, czego nie czułem od dawna — ulgę.
Po raz pierwszy w życiu wychodzę w ten sposób. Mam wrażenie, że coś, co od lat trzymało mnie w miejscu, nagle puściło.
Niech robi, co chce.
Nie zdoła mnie do niczego zmusić.
— Malina…
Zatrzymuję się w pół kroku.
Mam wrażenie, że powietrze nagle przestaje istnieć.
Czy on naprawdę powiedział to imię?
Kiedy pisałam tę scenę, myślałam o tym, jak trudno jest czasem oddzielić własne życie od przeznaczenia, które wymyślił dla nas ktoś inny.
Adam stara się wierzyć, że ma władzę nad własnym losem.
Ale są więzi, które trzymają berło władzy nad człowiekiem.
Czasem wystarczy jedno słowo, jedno wspomnienie, jedno imię — żeby wszystko, co wydawało się decyzją wolnej woli, znów stało się symbolem niewolnictwa.
Są imiona, które brzmią jak wspomnienie.
I takie, które brzmią jak wyrok.