||

Malina, czyli człowiek jako struktura bezpieczeństwa…

Są takie relacje, które nie zaczynają się od wielkich deklaracji. Nie mają w sobie gwałtownego wejścia, nie przychodzą z krzykiem ani obietnicą. Przychodzą ciszej. Przez powtarzalność, obecność, rytm. Przez to, że ktoś jest. Codziennie. W podobnym miejscu. O podobnej godzinie. W podobny sposób.

W jednym z rozdziałów drugiego tomu „Kosmosu” Kosma próbuje nazwać to, co przez długi czas było dla niego nienazwane. Po wypaleniu autystycznym, po wyzerowaniu się, po utracie stabilności, zaczyna rozumieć, że jego powrót do równowagi nie opierał się wyłącznie na odpoczynku czy ograniczeniu bodźców. Opierał się także na Malinie. Nie jako na romantycznym micie. Nie jako na wybawicielce. Raczej jako na kimś, kto stał się częścią jego struktury bezpieczeństwa.

Myśl o tym, co pomogło najbardziej, nie daje mi dziś spokoju. Jest to refleksja o najskuteczniejszym narzędziu, dzięki któremu zacząłem odzyskiwać równowagę — a więc o procesie uczenia się Maliny.

To zdanie jest dla mnie ważne, bo pokazuje, że Kosma nie doświadcza bliskości w sposób prosty. On ją analizuje, porządkuje, układa w system. Malina nie jest dla niego tylko osobą, którą kocha albo której pragnie. Jest również zjawiskiem, które próbuje zrozumieć, by móc przy niej istnieć. Ale właśnie tutaj pojawia się najtrudniejszy temat tego rozdziału: granica między regulacją a kontrolą.Kosma odkrywa, że coś, co dawało mu spokój, jednocześnie przekraczało granice Maliny.

Coś, co nazywałem regulacją, w rzeczywistości było protezą. Dzięki niej nie spadałem, ale też nie pozwalałem sobie na bycie z Maliną.”

To jeden z tych momentów, w których bohater nie zostaje usprawiedliwiony przez swoją neuroodmienność. Jego lęk jest prawdziwy. Jego neuroatypowość jest prawdziwa. Jego potrzeba bezpieczeństwa jest prawdziwa. Ale prawdziwe jest także to, że drugi człowiek nie może stać się narzędziem stabilizacji bez własnej zgody. I chyba dlatego ten rozdział jest dla mnie jednym z ważniejszych. Bo nie mówi tylko o miłości. Mówi o odpowiedzialności za sposób, w jaki kochamy.

Malina z kolei nie jest w tej relacji bierna. Ona także buduje. Obserwuje Kosmę, ale nie po to, by go kontrolować. Raczej po to, by stworzyć mu warunki, w których jego układ nerwowy nie będzie musiał codziennie walczyć o przetrwanie.

Mając świadomość tego, przez co przeszedł, moim celem stało się wyrównanie jego otoczenia i sprawienie, by nic go w nim nie uwierało.

To zdanie bardzo dużo mówi o Malinie. Ona nie jest osobą, która wchodzi w czyjeś życie z hasłem: „naprawię cię”. Nie próbuje Kosmy uprościć. Nie żąda, by stał się bardziej zrozumiały dla świata. Zamiast tego rozpoznaje jego potrzeby i tworzy wokół nich przestrzeń. Nie idealizuję tego.

W tej relacji jest napięcie, zależność, ryzyko, niedopowiedzenie. Jest też ogromny ciężar emocjonalny. Ale właśnie dlatego jest dla mnie ciekawa. Bo nie opowiada o bajkowym dopasowaniu dwóch ludzi. Opowiada o tym, że bliskość czasami wymaga uczenia się cudzego języka.

Kosma musi nauczyć się, że miłość nie daje prawa do kontroli. Malina musi nauczyć się, że może być ważna nie dlatego, że jest potrzebna, lecz dlatego, że jest sobą. W ich rozmowie pojawia się moment, który jest cichy, a jednocześnie przełomowy.

Nie musisz. Chcę jedynie stworzyć możliwość.

To jedno z najdelikatniejszych zdań Kosmy. Bo ono nie naciska. Nie żąda. Nie zawłaszcza. Po prostu zostawia przestrzeń. A Malina odpowiada nie wielką deklaracją, ale gestem.

Gdy je słyszy, uśmiecha się delikatnie i kładzie swoją dłoń na mojej.

Właśnie na takich chwilach zależało mi w tej historii. Nie na łatwym wzruszeniu. Nie na wielkich romantycznych scenach. Raczej na tym, by pokazać, że czasem największa intymność polega na tym, że ktoś po raz pierwszy nie musi udawać. Ten rozdział nazywa się „Sklejanie” nie bez powodu. Nie chodzi w nim o spektakularne odrodzenie. Nie o nagły powrót do życia. Raczej o powolne łączenie tego, co pękło. O sprawdzanie, czy da się jeszcze komuś zaufać. Czy można wrócić do siebie bez zakładania maski. Czy można być blisko drugiego człowieka i nie uczynić go zakładnikiem własnego lęku.

Malina nie jest odpowiedzią na wszystkie problemy Kosmy. Ale jest kimś, przy kim Kosma zaczyna rozumieć, że odbudowa nie może polegać na zamknięciu się w bezpiecznej konstrukcji. Czasem trzeba otworzyć drzwi. Choćby najpierw tylko odrobinę.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *