Bezsilność i jej wpływ na życie
Kiedy nie możesz już nic zrobić. O bezsilności, która boli bardziej niż porażka – fragment rozdziału VII drugiej części „Kosmosu”- „Offline”.

Przywykliśmy myśleć, że najtrudniejsze są porażki… nieudane decyzje, straty, błędy, których nie da się cofnąć. Z wiekiem coraz częściej dochodzę jednak do wniosku, że istnieje coś znacznie trudniejszego do udźwignięcia. Są to rzeczy nienamacalne – niewybrane ścieżki, nieprzeżyte wydarzenia i bezsilność towarzysząca wydarzeniom, które same nas prowadzą. Dzieją się, jakby nasza wolna wola nie miała żadnego znaczenia, a ich rezultat ma gigantyczny wpływ na nasze życie. Czy to ścieżka przeznaczenia? Kamienie milowe życia? Karma? Pech? Dlaczego coś poza nami wyznacza jakąś trajektorię, której nie akceptujemy?
Bezsilność to szczególny rodzaj bólu, który pojawia się wtedy, gdy widzimy zagrożenie, cierpienie lub niesprawiedliwość, a mimo to nie możemy nic zrobić. Nie dlatego, że nie chcemy. Nie dlatego, że nam nie zależy. Po prostu nie mamy już wpływu. Można walczyć z przeciwnikiem. Można walczyć z własnymi słabościami. Można nawet próbować walczyć z losem…
Może właśnie dlatego tak często wracam do podobnych tematów w swoim pisarstwie… Jak walczyć z zamkniętymi drzwiami? Z odległością? Z czasem? Z sytuacją, w której każda decyzja została już podjęta przez coś, nad czym nie mamy władzy?
W rozdziale VII drugiej części „Kosmosu” Mariusz mierzy się właśnie z takim doświadczeniem. Człowiek, który przez całe życie reagował czynem, zostaje pozbawiony możliwości działania. Nie może chronić. Nie może ostrzegać. Nie może naprawić tego, co dzieje się poza murami. A dla kogoś, kto całe życie próbował być tarczą dla innych, bywa to bardziej dotkliwe niż każda porażka.
Zapraszam do lektury fragmentu:
Najgorsza okazała się dla mnie psychika. Nie sądziłem, że człowiek tak zaprawiony przez życie jak ja, mógłby wpaść w depresję. Zdecydowanie się w niej znalazłem. Możliwe, a nawet bardzo prawdopodobne, że przyczyniły się do tego warunki socjalne, ale większą rolę odgrywały frustracja i napięcie.
Niedługo po osadzeniu emocje zaczęły sięgać zenitu, bo przyzwyczajony do treningów i ciągłego ruchu, nagle znalazłem się w kleszczach. Czułem, że lada chwila zostanę zmiażdżony przez zbliżające się z każdej strony ściany. Cierpiałem na bóle mięśni i tiki nerwowe, łapiąc się często na tym, że bezwiednie zaciskałem szczękę i pięści.
Godzinne spacery to za mało, bym był w stanie to rozładować. W związku z tym, wraz z upływającym czasem, zacząłem działać tak, jak się da — robiąc pompki, przysiady, podskoki. Idiotyczne i bezsensowne były te moje próby przeprowadzenia jakiegokolwiek treningu, ale myślę, że bez tego bym w tamtym momencie zdechł.
Tak upływały mi dni, a potem miesiące. Najpierw pierwszy, i tak aż do dwunastego.
Zgodnie z zapowiedzią Adama, nikt mnie nie zaczepiał. Myślę, że mój rozmiar i aktywność zawodowa nikogo nie zachęciłyby do ataku, ale ochrona jednego z najpotężniejszych mafiosów w kraju była tu prawdopodobnie decydującym argumentem.
Jedyne, czym żyłem, to wiedza, którą przekazał mi ten drań — że Malina z tego wyszła. Reszta nie przestawała mnie niepokoić. W szczególności odcięcie od mojej rodziny i brak możliwości ostrzeżenia jej o zagrożeniu ze strony tego dupka…
Czy istnieje coś trudniejszego niż świadomość, że ktoś, kogo kochamy, przechodzi przez własne piekło, a my nie możemy podać mu ręki? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Wydaje mi się jedynie, że wydarzenia, nad którymi nie ma się żadnej władzy, pozostawiają w nas niegojące się rany, bo zdajemy sobie dzięki nim sprawę z tego, że nasza sprawczość nie zawsze wystarczy. Wiem też, że wielu ludzi nosi w sobie właśnie takie historie. Historie, w których największym przeciwnikiem nie jest drugi człowiek, lecz własna bezradność.
Jeśli chcesz otrzymywać kolejne fragmenty i refleksje związane z moją twórczością, możesz zapisać się do newslettera.